„Jak oddalone echa, wiążące się w chóry”
Charles Baudelaire (w przekładzie Antoniego Langego)

Gdy pod koniec 2015 roku przyszedł nam do głowy pomysł zorganizowania, tutaj na Śląsku, konferencji pod hasłem Vulnerabilities, nie śmieliśmy wówczas nawet przypuszczać, że ta idea będzie miała taki oddźwięk; że nasza konferencja przekroczy niejako samą siebie i stworzy ramy konceptualne do zorganizowania pierwszej indywidualnej wystawy prac Brachy L. Ettinger w Polsce. Powiedzenie, że się tego w ogóle nie spodziewaliśmy nie jest fałszywą skromnością. Eurydyka i Pieta przyszły do nas niespodziewanie; wyłoniły się nieproszone, pojawiły niczym derridiańskie „powracające widma”(1. Prawdę mówiąc do tej pory mamy poczucie, że nam się to wszystko nieco wymknęło po drodze spod akademickiej kontroli, zaczęło żyć własnym życiem – żyć niezależnie, a nam pozostawało tylko patrzeć ze zdumieniem na formy, jakie to pączkujące życie przybiera. Sami przeżywaliśmy tę „transindywiduację” pierwotnej idei, bacznie nasłuchiwaliśmy tych oddźwięków, a jednocześnie dalej robiliśmy swoje.

Inspiracją dla tematu konferencji było właściwie jedno słowo o łacińskim rodowodzie: vulnerabilis, które mówi po polsku głosem – głosem niedosłyszanym, bardziej niesłuchanym niż niesłyszalnym – narażonych (na atak lub na wszelkie niebezpieczeństwo) wrażliwych (na ból); podatnych (na zagrożenie lub chorobę) i zasadniczo bezbronnych, głosem tych, których pozycja jest niepewna: prekarna, a więc zdana na łaskę innych [precarius]. Zastanawialiśmy się, czy jest możliwe uwolnienie ciągnących się za vulnerabilis znaczeń od ich negatywnych konotacji; a jeśli tak, to czy można pomyśleć na tej podatnej na osunięcie podstawie nowe formy społecznej więzi, która objawia tutaj całą swoją kruchość; czy ten kruchy fundament – w tym leżałaby jego paradoksalna trwałość – pozwala na zbudowanie bardziej stabilnego i sprawiedliwego świata.

Chodziłoby zatem o to, aby owo narażenie życia rozpoznać i uznać jako ślad na życiu w ogóle – życiu, które, chcemy to podkreślić, dzieli i jest dzielone przez ludzi i nie-ludzi, ze wszystkimi tego opłakanymi konsekwencjami dla tych drugich. Narażenie życia, dziecinna łatwość, z jaką może być ono nie tylko odebrane, lecz również złamane, byłyby zatem wpisane w przeżywanie życia jako bios, podobnie jak wpisany w świat ból zawarty w pracach Ettinger, choć zawarty(2 tylko w połowie, gdyż jest to jednocześnie ból z nich wyzierający, to jest ból jako akt sprzeciwu tego, co nie mieści się w formie bytowania, w jaką jest wciśnięte, jako pragnienie usłyszenia głosu życia, które chce mówić dlatego właśnie, że jest nie-do-przeżycia.

Siła prac Brachy L. Ettinger polega na tym, że unaoczniają nam one, iż w tym słabym, „wulnerabilnym” punkcie przecięcia życia jest również miejsce na życie, którego fizycznie już nie ma, ale które wciąż do nas powraca w nieustającej pracy pamięci i żałoby. Upominając się o tę ranę życia, przywołując ją i wywołując jej duchy, nakładając kolejne warstwy farby na fotografie ofiar pochłoniętych przez Shoah, Ettinger przypomina nam, że z tym straconym życiem musimy się nieustannie liczyć i rozliczać, aby zachować siebie. Układanie się z tą nawiedzającą nas nie/obecnością jest bowiem warunkiem kształtowania się podmiotowości i dobrego życia w relacji pomiędzy tym, co jednostkowe i tym, co zbiorowe.

Być może jest tak, że kondycja wulnerabilna zastąpiła dzisiaj kondycję ponowoczesną(3, a przynajmniej lepiej opisuje bezład jako warunek wyjściowy do pomyślenia nowych form społecznej więzi w świecie „upowszechnionej proletaryzacji”(4, która obejmuje „wszystkie klasy ludności”(5. Bezład wzbudza niepokój, to zrozumiałe. Niepokój jest jednak warunkiem myśli, czymś, co wyzwala – jak u Hegla – refleksyjność rozumu i zmusza do myślenia w doświadczeniu wstydu odczuwanego w konfrontacji z prowadzącą do katastrofy bezmyślnością. To właśnie w obliczu bezmyślności, bezmyślności jako głupoty będącej efektem braku myśli, wychodząc od i z jej najbardziej bolesnego przejawu w ludzkiej historii, Bracha L. Ettinger podejmuje swoją interwencję. Jej notesy i obrazy można czytać jako próbę nieustającego konfrontowania się z niepokojem, a w konsekwencji próbę nieustannej walki z bezmyślnością, która zawsze powraca. Dzisiaj, gdy niepokój zaczyna paraliżowa
myśl i przekształca się w systemowy, a także eksploatowany politycznie i ekonomicznie strach(6, który (by sparafrazować przywołany już wcześniej manifest), obecnie niczym widmo krąży po Europie – widmo nacjonalizmów, taka walka jest być może potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Bez niej bowiem pozostaje nam już tylko to, co Gilles Deleuze określił jako „wstyd z powodu bycia człowiekiem”(7.

Trzeba nam zatem myśleć, to jest mówić i robić, robić mówiąc, aby dobrze spożytkować ten niepokój i nie pozwolić, by przekształcił się w strach. Rozpoznanie (w sobie) noetycznej funkcji niepokoju prowadzi do tego, co Ettinger określa jako worry-caring-wonder: niepokój, który wzbudza troskę, wprawia w zdumienie i zmusza do refleksji. W takiej sekwencji wypowiedzenie tego jakże cudownie prostego zdania: I wonder – zastanawiam się, nie tylko zaświadcza o trosce i uwadze, lecz staje się również źródłem zachwytu lub cudu właśnie [wonder], jakim jest akt myślenia. Taka oto jest stawka w dyskusji na temat tego, co dzisiaj wulnerabilne – chodzi tu o właściwe zagospodarowanie niepokoju, które uniemożliwi jego kapitalizację. Jesteśmy szczerze wdzięczni Muzeum Śląskiemu, a w szczególności Pani Alicji Knast, za tak entuzjastyczne podejście do naszej pierwotnej idei, dzięki czemu przestrzeń do myślenia stała się o wiele szersza i bardziej pojemna. Dziękujemy również naszym Koleżankom z Instytutu Języków Romańskich i Translatoryki, Ewie Drab i Magdalenie Łachacz, bez wsparcia których niewiele byśmy mogli zdziałać. Wreszcie dziękujemy Annie Chromik z sąsiedniego Instytutu Kultur i Literatur Anglojęzycznych, która dołączyła do naszego zespołu, by wziąć na siebie ciężar związany z organizacją tej wystawy.

1) Zob. J. Derrida, Widma Marksa, przeł. T. Załuski, Warszawa 2015.

2) Od zawrzy,

co w języku śląskim (i staropolszczyźnie będącą jednym z jego źródłosłowów) znaczy „zamknąć” – języku „wulnerabilnym” we wszystkich przywołanych wyżej znaczeniach, języku, którym tutaj mówimy, kierym tukej godomy, by lepiej się o niego w nim upomnieć.

3) Zob. J.-F. Lyotard, Kondycja ponowoczesna lub raport o stanie wiedzy, przeł. M. Kowalska, J. Migasiński, Warszawa 1997.

4) B. Stiegler, Wstrząsy. Głupota i wiedza w XXI wieku, przeł. M. Krzykawski, Warszawa 2017. Przekład ukaże się jesienią.

5) K. Marks i F. Engels, Manifest Partii Komunistycznej, tłumacz nieznany, w: tychże, Dzieła, tom 4, Warszawa 1962, s. 649.

6) Zob. B. Stiegler, Wstrząsy, op. cit.

7) G. Deleuze, Pourparlers, Paris 1990, s. 233.

Michał Krzykawski i Ewa Macura
Instytut Języków Romańskich i Translatoryki
Uniwersytet Śląski